niedziela, 19 lutego 2012

Mysio!

Dzisiaj zgodnie z obietnicą (choć blogger robił co mógł, żeby do nowego posta nie doszło).

Na pierwszy ogień kolejne mysz, które uskuteczniamy z Madre w sposób niemalże hurtowy. Rozchodzą się po rodzinie i znajomych z prędkością światła i słusznie, bo mysi ród wdzięczny jest i sympatyczny.



Ta myszka trafiła do mojej ARO z okazji okrągłych urodzin :)



Natomiast ta, jest do nabycia w sklepiku. Serdecznie polecam :)




Kolejna część jutro. Oczywiście o ile się uda ;) Buziole :***


sobota, 18 lutego 2012

Edward i Herkules...

I Herkules dupa... czyli bez internetu i Mi posta nie wysmyczy.

I tyle z obiecanek. Podobno KONIECZNA konserwacja masztów przekaźnikowych kablówki. ZNOWU. Czasem mam dość tego tałatajstwa. Przed zmianą operatora powstrzymuje mnie jedynie fakt, że ponoć rezyduję u najlepszego w mieście...

Miało być inaczej, ale cóż. Dzisiaj krótko. Ogłaszam kolejną podróż.

31 Wielka Podróż Edwarda Tulana
zaczyna się właśnie w tym miejscu.



Edward wraz z przepięknymi prezentami (jadalna część już została pochłonięta, jedne śliczne kolczyki wysępiła moja Madre, drugie pokazuję - cudowne!) przywędrował do mnie we wtorek od Paulisski ze "Świata z wyobraźni". Zdążyłam już go komunikacyjnie przeczytać, więc puszczam w świat dalej.

ZASADY ZABAWY:

1. Pozostaw komentarz pod tym postem - (W zabawie biorą udział tylko osoby posiadające bloga!).
2. Umieść informację o zabawie wraz z podlinkowanym zdjęciem na swoim blogu.
3. Losowanie odbędzie się 29.02 w godzinach popołudniowo - wieczornych.
4. Po wylosowaniu, skontaktuj się e-mailowo, podając swój adres. A po otrzymaniu przesyłki, przeczytaj książkę w ciągu 10 dni.
5. Zorganizuj u siebie następne candy, na takich samych zasadach (u Ciebie będzie to CANDY nr 32).
6. Wpisz się do książki.
7. Dodaj do książki dowolną niespodziankę dla zwycięzcy.
8. Wyślij Edwarda z niespodzianką, na podany przez zwycięzcę adres

Od siebie dodam, że książka jest interesująca, i czyta się ją błyskawicznie. Dzieci może wiele nauczyć a i niektórych dorosłych również.

O, tutaj Paulisskowe kolczyki, czyż nie piękne?


A ze względu na dzisiejszy wczorajszy Dzień Kota poniżej zdjęcia moich dwóch cukiereczków. Najlepszego śliczności moje!



Kolejny post znów obiecuję na jutro ;) Buziole :***


środa, 15 lutego 2012

Kajam się (Po raz kolejny - oby ostatni)

Wiecie, nie mam bladego pojęcia gdzie podziały się ostatnie dwa miesiące. No, motyla noga, tyle co były święta, choinka, prezenty, Sylwestry, a tu mnie wczoraj Walentynki zaskoczyły niemalże na śmierć. czuję się okradziona z czasu. I kto mi odda te dwa miesiące?
Nie było mnie z różnych przyczyn. Randomalnie nie posiadałam bowiem: zdrowia, komputera, czasu, natchnienia i internetu. Nie żebym zgromadziła je w komplecie w tymże momencie, ale okoliczność jest niby sprzyjająca więc krotki pościk na początek serii.
Zacznę (wiem, głupio tak po czasie) od prezentów świątecznych. Dostałam mnóstwo całe ślicznych rzeczy, ale pochwalę się tylko kilkoma.  

A) Dostałam samochód. Od PrawieMęża. Wiem, też się zdziwiłam. Ale cieszę się ogromnie. Przeogromnie. Oto on. Oto mój Czerwony Strzałek. Ukochany.



Wiem, zdjęcie kiepskie, ale innego póki co nie posiadam. No powiedzcie, czyż nie śliczny?

B) Kotaniołek, uszyty specjalnie dla mnie przez Niewiadomoco. Uwielbiam takie ręcznie robione prezenty, widać, że ktoś włożył w nie kupę serca. Tu z przodu:


A tu włochate skrzydełka przcudnej urody.



C) Ślimak wysysający mózg :D Jeżeli ktoś zna "Futuramę" wie o co chodzi. Podobnego mam na głowie na awatarze u góry strony.


Ślimaczysko udziergała dla mnie Miszelka z Miszelkowego Schowka, z którą po świętach spędziłam urocze, kreatywne popołudnie. Były zakupy, herbatka, wegetariańskie zapiekanki i robótki ręczne, w postaci osiołka, którego szyłyśmy, by przekonać Michelle do tildowych maskotek.

Dalszy ciąg jutro. Obiecuję.
Buziole.


sobota, 24 grudnia 2011

WESOŁYCH ŚWIĄT

Kochani Zaglądacze!
Z tego miejsca i tej chwili, chcę Wam wszystkim złożyć najserdeczniejsze życzenia.

Żeby w Waszych domach zapanowała ciepła, świąteczna atmosfera, pachnąca piernikami, mandarynkami, cynamonem i choinką. Żeby na świątecznym stole nie zabrakło przysmaków, a przy nim - nie zabrakło wszystkich których kochacie. Żeby uśmiech nie znikał z Waszych  twarzy i żebyście umieli mieć gdzieś rzeczy, które należy mieć gdzieś. Bądźcie spokojni, szczęśliwi i bezpieczni. Doceńcie, że Bóg po raz kolejny zstąpił wśród nas i dostrzeżcie go w drugim człowieku. Nie zapominajcie o braciach mniejszych - może coś powiedzą o północy. Wszystkiego najlepszego. I w górę serca.

A tu moje świąteczne kochania.


czwartek, 22 grudnia 2011

Kawałek czwarty - ostatni.

Zastanawialiście się może kiedyś co wspólnego ze sobą mogą mieć:
a) wojownik - barbarzyńca
b) anioł
???
Otóż ja Wam powiem co - szablon wykrojny ;)
Na prośbę (błaganie, molestowanie, szantażowanie i wszelkie inne legalne i nielegalne formy nacisku) mojej najlepszej przyjaciółki - N, powstał Crux. Postać z "Siewcy Historii", którą N napisała niedawno. Z tego co wiem, podobał się, aczkolwiek zaskoczyło mnie jedno pytanie ze strony N: "A teraz powiedz mi JAK JA GO MAM PRZYCZEPIĆ DO KOMÓRKI???"
Cruxie wyszedł tak:


Natomiast anioł powędrował do WKKori w ramach wymianki świątecznej Koła Gospodyń Miejskich i Podmiejskich. Dzięki uprzejmości nowej właścicielki, mogę pokazać te cudne zdjęcia! Ptasior (z firmowym - autorskim zaszyciem w XXX które uwielbiam) był barwnym bonusem do anioła. Anioł miał mieć warstwy. Starałam się. Wyszedł tak.





Zadek:  :D



To zarówno wojowniczy, jak i aniołowy debiut. Oba uważam za udane, chociaż muszę stanowczo popracować nad anielskimi skrzydłami. N już zamówiła kolejną postać z "Siewcy..."
Dobra, będzie tego. Jutro caaaaaały dzień w pracy (9 - 21) a pojutrze Wigilia, a ja wciąż nieogarnięta i nie mam części prezentów. Niech mnie ktoś przytuli...

środa, 21 grudnia 2011

Kawałek trzeci - Myszy.

Tym razem bez komentarza. Myszy są komercyjne - obie. Moje pierwsze :D








Jakość zdjęć fatalna, jako że cykane są telefonem. Musicie wybaczyć ;)
Jutro ostatni kawałek.

wtorek, 20 grudnia 2011

Kawałek drugi - Koniki

A nie mówiłam, że na jednym się nie skończy? Konik, to - póki co - mój osobisty faworyt, i szycie sprawia mi autentyczną przyjemność. 

Ten został popełniony na wymiankę sponsorowaną przez literkę N jak Niebieski, w Kole Gospodyń miejskich. Trafił (o ile dobrze pamiętam - poprawcie mnie jeżeli się mylę) do Kasi Stonogi.


Ten z kolei powstał dla Mamy mojej Nam jako prezent: Uwielbiam go. 


Ta grzywa *__*


Jutro kolejny kawałek :) Buziole :*

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Po kawałku

Właściwie powinnam zacząć tego posta tak samo, jak przedostatniego. Z tymi wszystkimi NIE, wypunktowanymi po kolei. Tym razem mogłabym dodać, że:
- NIE wzięłam udziału w katastrofie kolejowej,
- NIE utknęłam w zaspie śnieżnej,
- NIE zabłądziłam do Pernambuko z powodu gęstej mgły.
A także:
- NIE poleciałam kolonizować Marsa (choć bym chciała)
- NIE zostałam okadzaną i wielbioną Pytią (choć bym mogła).
Zaczęłam pracę i wlazłam w kierat, powoli dopiero próbuję się ogarniać z osobliwym dla mnie rozkładem zajęć i walczyć z przyrodzonym brakiem systematyczności. Robię (żeby nie było, że nie robię) ale pozasieciowo i teraz po kawałku pokażę co uliniłam, kiedy mnie nie było.

Na pierwszy ogień: wymianka w kratkę u malutkiej. Na tę okoliczność powstała kraciasta mysz:

Kraciasty pies:

Tu razem:


A tu moje peryskopy obserwacyjne. Cztery oczy i każde w innym odcieniu XD

wtorek, 11 października 2011

Rozwinięcie zajawki


Czytający mnie wiedzą, że maszyny moje - wszystkie dwie - mają tendencje do psucia.

Singerek malutki (ten, który widnieje po prawo w liście „spełnione marzenia”) okazał się powracającym koszmarem, gdyż nie udało mi się na nim uszyć zupełnie nic. I obie z Madre moją (od której ją dostałam :***) jesteśmy zniesmaczone, że poważna firma zdecydowała się udzielić marki takiemu szajsowi. Wszystkie części są plastikowe . WSZYSTKIE. A igielnica chodzi jak chce, wskutek czego górna nitka z dolną nie mają okazji się poznać ze sobą. Mimo ogromnej radości, jaką mi sprawiło otrzymanie tej maszynki z całą pewnością odradzam zakup tego czegoś. Lepiej dołożyć parę złotych i kupić sprawdzoną używkę.

Ze starą rosyjską Tuła natomiast sprawa ma się inaczej. Tu dla odmiany WSZYSTKIE części są metalowe, wskutek czego maszyna waży jak średnio wypasiony słoń. Jest głośna, wielka i ciężka. I – jak wszystko co rosyjskie – gnioca-nie-łamioca (jakkolwiek to się pisze/wymawia). Tu pojawia się inny problem. Jedyną osobą, potrafiącą ją porządnie wyregulować był mój Dziadek-nieboszczyk. My z Madre dajemy ją do punktu, gdyż pałamy przeciwbieżnym talentem – potrafimy ją idealnie rozregulować tak, by przestała szyć całkowicie. Pan w punkcie fachurą od regulacji jest średnim. Dlatego Tuła pierdzi nam (za przeproszeniem) rąbie, zipie i staje co czas jakiś. Staramy się nie zrażać kolejnymi zasupłanymi nićmi, połamanymi igłami i odgłosami, jakich nie powstydziłby się zdychający mamut. I to taki zdychający w męczarniach. Szyjemy Tułą. Czyli tułamy się.

Ostatnio powstało kilka rzeczy. Z ostatniego posta znajome nogi należą do:

- Króliczycy, która powędrowała do mojej Bratówki, z dawna obiecana



- Myszy, która poszła na wymiankę poświęconą literce „M” w KGMiP



- Konika, który stał się prezentem imieninowym dla Niewiadomoco.



Konika i mysz wymyśliłam sama, opierając się na Tildowym szablonie króliczym. W koniku się zakochałam i na pewno nie będzie to ostatni w mojej stajni :D

Tu całe Trio w komplecie.




I tu też.



Potem, na 50-lecie urodzin, pani Halinki powstała mysz-bliźniaczka.




A na koniec ratlerkowe breloczki.



Mówiłam, że ruszyłam w tydzień to, co pół roku leżało odłogiem.


Aha. Niektórym obiecałam migawki z nad morza. Byliśmy z Prawie Mężem w sumie dwa razy. Raz z przyjaciółmi, raz z Niewiadomoco właśnie. Za pierwszym razem pogoda była plażowa i zalegaliśmy na kocyku, za drugim spacerowa i nieco pozwiedzaliśmy. Na zdjęciu niezbyt udany zlepek wspomnień. Latarnia Stilo, plaża, wieża widokowa na poligonie, morze itd.



Osobno chatka do góry nogami.



Słuchajcie, kochani, re-we-la-cja. Znajduje się ona w Łebie, można sobie wyguglać i obejrzeć. Jest maleńka, ale naprawdę warto wydać 9zł by ją zwiedzić. Ja, oczywiście, niepomna ostrzeżenia, iż osoby z uszkodzonym błędnikiem wchodzić tam nie powinny wlazłam. Uczucie nie do opisania, grawitacja szaleje i ciągnie człowieka na różne, nieautoryzowane strony. To trzeba przeżyć. Jestem zachwycona, chociaż Prawie Mąż wyrzucił mnie z niej, gdy ponoć całkowicie pozieleniałam na twarzy. Wychodziłam prawie po czterech. Zieloności całe szczęście nikt nie udokumentował.

A tu jeszcze, również dla proszących, zdjęcie z jednej z ostatnich strzelanek.



Wybaczcie, że tylko to jedno, ale nadal nie zapytałam o zgodę na zamieszczenie zdjęć innych osób, które na tychże zdjęciach się pojawiają. No. To by było na tyle tym razem. Do zobaczenia!!!

poniedziałek, 10 października 2011

I już!

Witajcie po długiej przerwie ;)

Wbrew pozorom:

- NIE utopiłam się w morzu
- NIE zaginęłam w drodze do domu
- NIE porwali mnie terroryści/amisze/cyganie/kosmici
- NIE uwiozła mnie w siną dal złowieszcza Czarna Wołga
- Nie zjedli mnie ludożerczy tubylcy ani tambylcy
- NIE zabiłam nikogo, czego skutkiem
- NIE poszłam siedzieć
- NIE zwariowałam (choć zdania są podzielone)
- NIE umarłam
- NIE wyprowadziłam się na pustynię Gobi, by wieść życie pustelnicze spokojem tchnące
- NIE wyrzekłam się komputera
- NIE odcięli mi Internetu (choć próbowali)

Zwyczajnie ugięłam się pod ciężarem okoliczności, ale już mi lepiej. Po pierwsze primo znalazłam pracę (!) Tak! Może i nie myślałam akurat o TAKIM zajęciu, ale - zważywszy na panującą rzeczywistość – jawi mi się ono niczym światełko w tunelu. Dziś zaczęłam szkolenie, jak dobrze pójdzie od Grudnia znów zacznę być wypłacalna. I ruszyło się wszystko razem z tą pracą. Znów mam tak zwanego pałera. Znów chce mi się wstawać z łóżka i spotykać z ludźmi (nie śmiać mi się tam), w tydzień pozałatwiałam to, co odłogiem leżało przez ostatnie pół roku. Z przyjemnością wdycham co rano jesień pachnącą mgłą, butwiejącymi liśćmi i palonymi chwastami. Znów solę nutellę, żeby wyraźniej czuć smak czekolady. Znów przynoszę do domu październik poupychany w kieszeniach – kasztany, żołędzie, orzechy i jarzębinę. Znów kocham się w Marcinkach. A w czubkach moich glanów idzie się przejrzeć.

Wróciłam ;)

I bujajcie się wszyscy, którzy mówiliście, że nie dam rady ha!

Dla Tych, którzy trzymali kciuki, wierzyli, pomagali, a nawet negocjowali z „Górą” mój sukces ogromny buziak. Dla Was moje ogrodowe piękności. I Bazylia, która fenomenalnym kotem jest (i nauczyła się spać na brzuchu mym tak, że obie mruczymy).





Dla wszystkich zaś zajawka moich kraftowych poczynań, o których więcej w kolejnym poście na dniach.



Do zobaczenia!